Dawno nie pisałem. A tyle się dzieje…
Najważniejsze, to Kaśkun :))) Bo jestem cholernie szczęśliwy:))) Spełniły się wszelkie prośby i oczekiwania od szeroko pojętego wszechświata. Serce, duszę i ciało opromienione mam miękkim blaskiem miłości. I tak wszystko naturalnie, spokojnie i głęboko nam się układa… Czuję, jakbym szedł przez bardzo długi czas wśród szarych piasków samotności, chwytając łapczywie każdy wilgotny pozór uczucia, aż wreszcie natrafiłem na prawdziwą, pachnącą, zieloną oazę, tętniącą życiem, z olbrzymim, i krystalicznie czystym stawem pełnym słodkiej wody. Czuję się tak bardzo kochany i zadbany pod każdym względem, czuję taki dobry i przenikający na wskroś spokój, harmonię, pewność, kompletny brak chęci na szukanie kogoś innego. Pociąga mnie, otula myśli, kołysze do snu… mój sen spełniony, marzenie zmaterializowane. Tak bardzo się cieszę, że czekałem na Nią tyle czasu… Nabrałem pokory i dystansu, czuję się dzięki niej dobrym, kochanym mężczyzną. Przyszłość jest jej pełna, tak naturalnie i pięknie. Przez pierwsze miesiące aż trudno mi było w to uwierzyć, że to nie tylko piękny sen. Ale już wierzę, bardzo mocno wierzę. :) I mruczę często z głębi piersi, uśmiecham się jasno, ustami i oczami :))) I dużo się w środku dzieje, pancerz mój, klosz, skorupa – zniknęły zupełnie, ufam jej. Bardzo bardzo. Nie wiem, z jakiej planety się wzięła, ale nie wyobrażam sobie teraz życia bez niej… Może trochę zdziczałem przez te lata samotności, ale jej to ewidentnie nie przeszkadza. W życiu nie czułem się tak bardzo akceptowany pod każdym względem. :)))
A z innych, mniej ważnych aspektów życia :) Praca wciąż ta sama, myślościeżki rzeźbię w tkaninie rzeczywistości, hasła, idee, słowa, litery… Gorące i zimne, zakręcone i proste, wbite w formę i formy pozbawione. Myślę dużo. I jestem zadowolony, bo choć to dosyć wyczerpujące zajęcie, to jednak jak coś się uda to satysfakcja olbrzymia :) Tylko zdrowie się co nieco sypie. Tak bardziej poważniej niż mniej, bez demonizowania. Codziennie rano łykam garść “cukierków” w postaci kilku tabletek i kapsułek, popitych wodą. Wątroba nawaliła sobie – cała przetłuszczona, powiększona, wyniki fatalne… Tak więc koniec z cukrem, masłem, makaronami, śmietaną, tłustymi rybami i wyrzekaniem się mięsa – sporo łakoci muszę zostawić przynajmniej na rok. Ale jak na razie jest super. Kochana rodzina mnie bardzo wspiera, a Kaśkun do tego obiera mi często grejpfruty. Bo ja ich obierać szczerze nie znoszę.
Kurcze… strasznie dawno nie pisałem. Czuję się trochę, jakbym na nowo uczył się chodzić. Może za bardzo biernie intelektualnie ostatnio sobie żyję – poza pracą, gdzie myśleć muszę, nie robię raczej nic twórczego z literkami. Tyle wyszło fantastycznych gier w zeszłym roku, że od paru miesięcy w zasadzie siedzę i wślepiam się w monitor, zarywając noce kradnę czas, który powinien być przeznaczony na sen. Ale tak czuję teraz, że to już ten czas nadchodzi, kiedy powiem sobie dość. Na jakąś dłuższą chwilę :)
Sylwestra spędziliśmy w Żywcu. Przyjechało całkiem sporo osób :) Ale kilku też mi bardzo brakowało… Żarcie było przepychotka, ognie sztuczne odbijające się na tafli jeziora wspaniałe, a ludzie kochani. I bez zgrzytów. :) Tylko tańców trochę zabrakło, część jeszcze miała kaca, a inna część właśnie go nabierała :D Ale to się nadrobi ;) Czekam tylko na zdjęcia, jeszcze kilka osób, które może nawet to czytają właśnie teraz, jeszcze się opamięta i dośle :)
Myślę jeszcze czasami nad minionym czasem i nad tym, jak wiele się pozmieniało. Czasem żałuję, że w pewnej materii spalonych mostów jest jak jest, taki pat bez perspektywy zmiany na lepsze. A jednocześnie obracając wszystko na nowo i na spokojnie i chłodno w głowie, nie znajduję uchybień w swoim zachowaniu i decyzjach, inaczej się zachować nie mogłem…
Czuję, ze przez zdrowe jedzonko nabieram coraz więcej energii. Znika ta senność w ciągu dnia, może jeszcze nie całkowicie, ale jakoś tak chce się żyć. Bardzo. I doświadczać wszystkiego dookoła. Zimy nie ma, ptaki rankiem śpiewają wiosennie za oknem, mimo, że niby styczeń i sroga zima powinna zakleszczać dłonie i czerwienić policzki.
Ostatnio też zwiedzam na nowo uszami nowe i stare muzyczki. Wszystko za sprawą głośników, które udało mi się dopaść okazyjnie na allegro – już ich nie produkują, tylko jakieś chińskie zastępniki, a oryginalne grają cudownie… Bas miękki i głęboki, bardziej się go czuje w brzuchu niż słyszy, a satelitki wydobywają więcej dźwięków, niż pamiętam, z niektórych piosenek. Odkrywam muzykę na nowo, taplając się w nutkach. Mrrrrrrr….
A najbliższy tydzień będzie wesoły. Miecio zapomniał przywieźć mojego kompa laptopa z Żywca, więc będę albo pracował z domu, albo chodził z kartką i długopisem po firmie, jak za zamierzchłych lat 1970 pewnie bywało :)
I jakaś taka irracjonalna chęć poznania innych języków się we mnie obudziła. Wkurza mnie to, że nie rozumiem niemieckiego, hiszpańskiego, włoskiego… Chyba czas zakasać rękawy i zrobić coś rozwijającego, odstawić na chwilę gierki na półkę i zrobić lasso ze zwojów mózgowych, łapać wiedzę, dopóki jeszcze to możliwe ;)
Ściskam na dobranoc, perfidnie szczęśliwy i uśmiechnięty :)